◯

Kiedy kot opłakuje mysz, nie bierz tego na poważnie

2017/11/21

Było zostać w domu


Nie lubię nocować w cudzych domach, choćby najbardziej gościnnych. Wolę, abyśmy z Mężem na noc wrócili do siebie, nawet jeśli jest to nieekonomiczne pod względem finansowym i czasowym oraz okupione zmęczeniem. Gdy zdarza mi się samej musieć spać poza domem, zdecydowanie stawiam na hotel. W Japonii jest z czego wybierać, od takich w tradycyjnych klimatach po kapsułowe (jak ten w Tokio: bookinggoogle). Ja wybieram biznesowe, moim zdaniem najbezpieczniejsze. Jeszcze mi się nie zdarzyło, aby spotkały mnie tam nieprzyjemności, na które potencjalnie narażona jest kobieta podróżująca w pojedynkę. Co nie zmienia faktu, że jakoś bardzo przyjemne doświadczenia to to nie są — o tym później.

Do charakterystycznych cech obiektów mieszkalnych w Japonii należą wszechobecne naklejki. Okna, drzwi, urządzenia sanitarne itd. opatrzone są informacjami różnego rodzaju, np. kto daną rzecz wyprodukował, kto zamontował, jaka jest jej klasa energetyczna, jak zachować bezpieczeństwo jej użytkowania, co zrobić w razie awarii. Dużo zależy od fantazji ekipy budowlanej, wykończeniowej, remontowej, ich umów biznesowo-reklamowych. W budynkach użyteczności publicznej zwykle pozostają przyklejone na wieki wieków. W prywatnych często też. Ze względu na ich liczbę usuwanie wymaga sporo czasu (w nowym domu liczebność może iść w grube dziesiątki), poza tym niejako jest łamaniem niepisanej zasady, że skoro zostały naklejone, to tak ma być i koniec — a w Japonii łamanie zasad to nie takie emocjonalne hop siup, jak na przykład w Polsce ;) Część z tych, którzy nie poddają się naklejkowemu terrorowi, po odklejeniu archiwizuje je dla świętego spokoju — własnego i współdomowników o odmiennym nastawieniu. Wahający się dopytują w sieci, czy to aby nie łamanie prawa. Wszystko to sprawia dość egzotycznie wrażenie. Temat stosunkowo dobrze oddają przykładowe zdjęcia: ameblo, roomclip, hatenablog, tomomaru, saaaachi, minamikyushushi, uchiblog, fc2, exblogW pokoju hotelowym, gdzie nocowałam ostatnim razem, najbardziej oklejone było okno.

Egzotycznie wyglądała też księga gości. Hotel został oddany do użytku całkiem niedawno, jest nowoczesny, natomiast znaleziona przeze mnie w pokoju księga gości okazała się zwykłym zeszytem. Za to znalazłam w nim wpisy interesujące od strony graficznej, to jeden z nich:




Skromny zeszyt niezbyt pasował do gustownego wyposażenia numeru, lecz wywarł na mnie sympatyczne wrażenie — tym bardziej, że pod każdym wpisem gościa widniał dopisek od obsługi hotelowej. I w sumie spodobało mi się to oszczędne podejście, wszak pokoi bez liku, po co przepłacać, poza tym takie księgi na pewno są łatwiejsze do przechowywania, jeśli trafią do archiwum. 

Segregator z zeszytem skrywał też m.in. długą listę przedmiotów do nieodpłatnego wypożyczenia na telefon, plan z rozkładem ogólnodostępnych pomieszczeń hotelowych, menu kulinarne, cennik usług pralniczych. A także pozornie niewinną ofertę masażu ciała „z miasta”, dostępną prawie do północy. Może jestem zbyt podejrzliwa, ale olśniło mnie, po co w łazience pokoju 1-osobowego na półce z pojedynczym zestawem do higieny jamy ustnej stoją 2 szklanki. W tym samym segregatorze znajdowała się również oferta telewizyjna — i tu już przestało być sympatycznie bez żadnych wątpliwości. W sumie nie byłam zdziwiona. Oto link do pierwszego lepszego opracowania traktującego o tym, jak ten kraj wyspecjalizował się w obchodzeniu przepisów teoretycznie zakazujących wiadomego biznesu: wikipedia. Obejść da się wszystko: właściciel innej sieci hoteli chwalił w wywiadzie, że u niego pokoje mają nawet nazywany z angielska alibi channel do ączania na czas telefonicznej rozmowy z żoną, aby gładko przełknęła kłamstwo, że mąż dzwoni jeszcze z pracy.

Dla mnie telewizor mógłby nie istnieć. Wystarczy mi, że wiem, gdzie w Internecie szukać powtórek wartościowych programów, które w telewizji nadawane są często dopiero po północy: 

Do dzieci i młodzieży z Yokosuka Little Club w Jokohamie przyleciał trener ping ponga z Chorwacji, sensei Mario. Starszy, siwowłosy pan wyglądał niczym ich dziadek. Komunikował się trochę po angielsku, trochę po japońsku, lecz przede wszystkim z pomocą japońskiej tłumaczki, co jednak zdawało się nikomu nie robić różnicy na minus. Chorwat mało się uśmiechał, nie przymilał się do nikogo (to dość nietypowa postawa u gościa z zagranicy), jednak w jego zachowaniu nie było nic stresującego, przeciwnie, widać było, że wszyscy dobrze czują się w jego towarzystwie. Na twarzy od początku malowało mu się współczucie pomieszane z troską. Dzieci bowiem, zwłaszcza młodsze, na swoje niepowodzenia reagowały nieadekwatnie do sytuacji, a na domiar tłamsiły swoje emocje na różne sposoby, m.in. za pomocą koszulek „wciskały” łzy z powrotem. Mnie najbardziej żal było chłopczyka o imieniu Yuito, ponieważ bardzo przypominał mi uczestnika japońskiej wycieczki szkolnej, który podczas mojej pierwszej wyprawy w japońskie góry już z daleka zdjął swoją czapkę z daszkiem, by ukłonić nam się podczas mijania na szlaku (wiele dzieci pozdrawiało spotykanych trekkingowców, on jako jedyny był tak szarmancki i naturalny jednocześnie). Mimo obecności japońskiego trenera i kamer emerytowany gracz z Chorwacji nie wahał się powtarzać nieletnim sportowcom oraz ich rodzicom, że owszem, dobrze jest wyciągać lekcje ze swoich porażek, ale nie należy koncentrować się na nich przesadnie. ”Do your best, but don't forget to have fun" — gdy powiedział to po raz pierwszy, najmłodsze dzieci (jeszcze maluchy) wręcz otworzyły buzie ze zdziwienia, najstarsi (chłopcy w wieku nastoletnim) kontrolowali się bardziej, lecz wyraz ich twarzy ewidentnie wskazywał na to, że też nie do końca wiedzieli, co mają o tym myśleć. 

U 39-letniego Tomo zdiagnozowano chorobę Alzheimera. 3 lata później, w ramach współpracy międzynarodowej, poleciał wraz ze swoim lekarzem oraz ekipą telewizyjną do Szkocji. Przepasany stylową skórzaną torbą (bardzo różniącą się od wyborów przeciętnego Japończyka) udał się na spotkanie w ośrodku kierowanym przez wybitną szkocką specjalistkę. Z zainteresowaniem oglądał gadżety, dzięki którym chorzy na demencję Szkoci podtrzymują swoją samodzielność: najstarszy pan pochwalił się, że na spotkania grupy przyjeżdża autobusem i to z przesiadką, pokazał swoją bransoletę z GPS-em, głośnomówiący zegarek oraz nakienszonkowy alarm, którym w nagłej potrzebie w prosty sposób może skontaktować się z dyspozytorem telefonicznej linii ratunkowej. Rozmowy przebiegały generalnie w pogodnej atmosferze, niemniej w oczach Tomo widoczne było przerażenie, kiedy opiekunowie opowiadali ze szczegółami, jak choroba postępowała u ich bliskich. Sam również podzielił się swoimi dotychczasowymi doświadczeniami. Wziął też udział w konferencji, której tematem wiodącym był stosunek pracodawców do osób zmagających się z tą chorobą, w tej kwestii Japończyk miał do powiedzenia dużo dobrego. (Fragment tego programu: yt. Więcej w temacie: fb.)

 .

Na koniec bardziej pogodnie:


Jesień z prawdziwego zdarzenia to raczej tylko na Hokkaido, lecz dobre i to :)
Tym bardziej, że tam zima się pospieszyła  przedwczoraj spadło ponad 30 cm śniegu: yahoo.

W naszej części kraju wciąż stosunkowo ciepło. Kärcher w akcji zanim T. przystąpił do mycia balkonów: